Archiwum 03 maja 2015


maj 03 2015 Ile to już czasu...
Komentarze: 0

Ach, jak miło się wspomina te daaawne czasy... Zaraz, co? Nie, tak stary ten mój blog to jeszcze nie jest... Ale faktem jest moja wyjątkowo niska frekwencja. Obiecałem bowiem jakiś wpis mniej więcej co tydzień, a tymczasem nie piszę od czasów stworzenia świata...

Od 10 dni trzymam w sobie Pana, jeśli ktoś rozumie... Ten znamienny dzień, kiedy Go otrzymałem, był czwartkiem, zaś godzina - około 20tej, czyli coś po rozpoczęciu modlitwy czwartkowej MAGISu. Tak jest, ten cały MAGIS znowu się wpycha do mojego luźnego bloga, heh... Otóż, tamtejsza modlitwa przebiegała inaczej niż zwykle - w naszej niezbyt dużej sali środkowe miejsce zajęła skromnych rozmiarów, acz złota i ozdobiona promyczkami monstrancja z białym opłatkiem wewnątrz. Adorowanie Go, w większości z nas na klęczkach, przebiegało w środowisku chyba do tego doskonałym. W ciszy.

A co najlepsze, tutaj chwalimy Boga ze wszystkich sił, podczas gdy na Eucharystii powinno być tak samo, a nie jest. Dla nas jest tak, że Chrystus w monstrancji wymaga wielkiego uwielbienia, ale ten bez żadnej dodatkowej złotej oprawy - już nie aż tak. A ja uważam, że i tu, i tu Bóg jest tak samo gigantyczny, co powinniśmy wyznawać z tą samą wielką siłą. Zalecam zapamiętać to zdanie, przyda się to bowiem, jak pójdziecie następnym razem do kościoła.

Po pewnym czasie, właśnie o napomnianej powyżej 20tej, nastąpił punkt kulminacyjny - prowadzący modlitwę ojciec przenosił monstrancję obok każdego z nas i podawał ją na kilka chwil każdemu, kto tego chciał. Naprawdę nieopisane wrażenie. I tak staram się od jakiegoś czasu trzymam Jezusa przy sobie, w myśl dewizy: "Skoro Bóg zaryzykował i przyniósł do mnie wielkie, wyraźne wydarzenie zamiast czegoś prostego, to nie mogę zmarnować takiej okazji".

No i właśnie z tych względów nie mam co konkretnego dopisać ze spraw świeckich. Na pewno kwestię pogodową, czyli, jeśli ktoś ogląda "Pingwiny z Madagaskaru", opinię niezależnego eksperta. Innymi słowy coś tam z deszczem i biometrem niekorzystnym. Nasłuchałem się trochę już rozmów rodziny o wyczuciu świata rzeczywistego przy tej męczącej pogodzie i napatrzyłem przeróżnego kształtu kropel wody z nieba przez okno, zamiast pięknych widoków w słoneczne popołudnie z ruchomego rowerowego siedzienia siodełka. Choć z drugiej strony przyszedłem na dzisiejszą mszę (a z innej beczki, ta poprzednia miała kazanie od księdza z 4-letnim stażem i dotyczyła stereotypów o duchownych, wspaniałe!!!) we mgle, co oznaczać może jakąs tam poprawę pogody, ale niezbyt w to wierzę. Jak coś się zmieni zasadniczo, to najwcześniej w pełni maja.

Te oraz inne wydarzenia się działy, a ja mógłbym sporo jeszcze przytoczyć. Ale będę teraz zajęty (i to zdrowo!) różnymi sprawami, więc see ya!!!!

janekkto1024 : :